Jeśli chcielibyście porównać film Antoine'a Fuquy do którejś biografii z ostatniej dekady, najlepszym wyborem będzie "Bohemian Rhapsody". To filmy o bardzo podobnej konstrukcji (pewnie
Filmowe biografie muzyków to właściwie już osobny podgatunek. Można odnieść wrażenie, że pojawiają się na ekranie niewiele rzadziej niż choćby filmy superbohaterskie. Samo w sobie nie jest to niczym złym – czasem historia znanego artysty może być pretekstem do opowiedzenia o zmaganiu się z wewnętrznymi demonami (jak choćby w "Spacerze po linie" czy "Springsteen. Ocal mnie od nicości"), a czasem do eksperymentowania z formą ("Rocketman", "Better Man"). "Michael" wpada jednak w inną kategorię – mianowicie ekranizacji encyklopedycznego wpisu.
Jeśli chcielibyście porównać film Antoine'a Fuquy do którejś biografii z ostatniej dekady, najlepszym wyborem będzie "Bohemian Rhapsody". To filmy o bardzo podobnej konstrukcji (pewnie nieprzypadkowo oba wyprodukował Graham King), nastawione przede wszystkim na spektakl i odhaczenie znanych wydarzeń z życia muzyka. W "Michaelu" zobaczycie więc, jak The Jackson 5 zdobywa popularność kolejnymi występami i jak solową karierę rozwija sam Michael Jackson. Tworzenie choreografii do “Beat It”? Jest. Kręcenie legendarnego klipu do "Thrillera"? A jakże. Odtworzone z precyzyjną dokładnością wykonanie "Billie Jean"? Jest. Nawet zakończenie przywodzi na myśl wspomniany film o Freddiem Mercurym – tam mieliśmy rekonstrukcję koncertu Live Aid, tutaj Fuqua wrzuca nas w środek występów dorosłych już braci Jackson i samego Michaela, dając odsłuchać (i poczuć, bo kinowy fotel aż wibruje od basów) kultowe utwory.
I na tym poziomie – jako przegląd wydarzeń i jeden wielki teledysk ukazujący ikonę muzyki pop –"Michael" broni się najlepiej. Tym bardziej, że w centrum stawia Jaafara Jacksona, bratanka Michaela, który nie tylko jest do niego bardzo podobny, lecz także znakomicie odtwarza jego głos i ruch sceniczny (podobnie zresztą jak Juliano Valdi, wcielający się w młodszego Jacksona). Paradoksalnie jednak nie ma okazji szczególnie wykazać się aktorsko, z czym wiąże się największy problem "Michaela" – trudno zaangażować się w ten film emocjonalnie.
Jackson oczywiście przechodzi pewną drogę jako artysta (od prób w domu położonym w ubogiej dzielnicy do 25 mln sprzedanych egzemplarzy albumu), ale jako postać, główny bohater filmu – nieszczególnie. Od początku do końca to poczciwy, dobroduszny, diabelnie utalentowany chłopak, który wzbudza dużą sympatię postronnych osób. Tym bardziej, gdy zestawi się go z ojcem (w tej roli Colman Domingo), który pełni w tej historii rolę antagonisty. Tak jak Michael jest osobą typu "do rany przyłóż”, tak Joseph to skłonny do przemocy, do przesady wymagający, wykorzystujący talent swoich dzieci chciwy mężczyzna, który teoretycznie stawia na pierwszym miejscu rodzinę, a w praktyce chce po prostu zarobić.
Ten motyw powraca w "Michaelu" regularnie, jakby twórcy czasem przypominali sobie, że jednak wypadałoby pokazać coś poza występami, i sięgali wtedy po sprawdzony sposób – napięcia na linii Michael-Joseph. Gdy Jackson jest dzieckiem, ojciec bije go i nie pozwala korzystać z uroków dzieciństwa. Gdy dorasta, Joe wciąż traktuje go jak swoją własność i produkt. Domingo gra tę postać przekonująco, ale na jedną nutę (bo i scenariusz nie pozwala mu na więcej). Drugim powracającym motywem, jakby dla równowagi, są wspólne sceny Jacksona i jego matki (Nia Long), której autentycznie zależy na synu i chce dla niego jak najlepiej.
W obu przypadkach są to jednak stosunkowo krótkie, powtarzalne fragmenty, które nie pozwalają znacząco pogłębić ani postaci Jacksona, ani relacji artysty z rodzicami. Zresztą interakcje piosenkarza z jego ochroniarzem (KeiLyn Durrel Jones) i prawnikiem (Miles Teller, który nieustannie sprawia wrażenie, jakby na planie pojawił się przypadkiem) też polegają głównie na tym, że są dla siebie nawzajem mili i serdeczni. O reszcie rodziny Jacksona nie wspominam, bo jego bracia istnieją głównie jako element zespołu The Jackson 5, a obecność sióstr jest niemal całkowicie przemilczana. Fuqua miejscami próbuje budować postać Michaela w inny sposób – mało subtelnie ukazując nawyki i upodobania bohatera. Wielokrotnie podkreśla się na przykład jego chęć do kolekcjonowania zabawek i do czytania/oglądania bajek (przy okazji chyba z trzy razy mamy zbliżenie na napis "NEVERLAND” w książce o Piotrusiu Panie), czy miłość do zwierząt, od zawsze będących substytutem jego przyjaciół. Szczególnie szympans Bubbles, który zostaje wprowadzony do filmu w taki sposób, jakby był gwiazdą nie mniejszą od Michaela.
Jackson zostaje więc w "Michaelu" ukazany od jak najlepszej strony (najbardziej "kontrowersyjnym" wątkiem z jego udziałem jest chyba operacja plastyczna nosa), a Fuqua kręci tak, byśmy kibicowali mu w każdej sytuacji. Jako że film kończy się jeszcze w latach 80., temat oskarżeń o molestowanie seksualne nie wypływa w scenariuszu (a wszelkie interakcje Jacksona z dziećmi są w filmie pretekstem do ukazania, jak bardzo zależy mu na ich dobru i radości). Tak czy inaczej, próżno szukać w "Michaelu" sceny, w której pomyślelibyśmy, że Jackson kiepsko się zachował. Finał zapowiada jednak, że jego historia wciąż się nie skończyła, więc może potencjalny sequel pokaże go w innych barwach. Tym bardziej, że wątek oskarżeń pojawił się w pierwotnej wersji scenariusza Johna Logana, ale ostatecznie został usunięty.
I taki właśnie jest "Michael". Działa jako spektakl oraz przegląd pamiętnych utworów i występów – jest tu sporo energii i na tyle dobre tempo, że dwie godziny mijają bezboleśnie, trudno też nie tupać nogą, słysząc przeboje Jacksona przy kinowym nagłośnieniu. Kuleje jako portret człowieka, pokazując go jednowymiarowo. Sami oceńcie, na jakim aspekcie zależy wam bardziej – jeśli na tym pierwszym, pewnie nie uznacie czasu w kinie za stracony.